Poruszająca walka rodziny z zespołem VHL

W Polsce ok. 600 dorosłych wie, że noszą w sobie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt guzów. Należą do nich bracia Mateusz i Mikołaj. Chorują obaj, choruje również ich tata, ale on miał tylko drobne guzy, które zostały szybko usunięte. Wszyscy trzej mają mutację w genie VHL.

Gdy u synów Moniki wykryto rzadką chorobę genetyczną VHL, czyli zespół von Hippla-Lindaua, jej świat przekręcił się o 180 stopni. Zespół von Hippla-Lindaua to bardzo rzadkie zaburzenie genetyczne, objawiające się rozwojem różnych nowotworów, w tym guzów nerek, guzów chromochłonnych, naczyniaków zarodkowych mózgu i rdzenia kręgowego oraz guzów trzustki.

Pierwszy został zdiagnozowany starszy Mateusz. Wszystko zaczęło się ok. 10 lat temu, Mateusz chodził wtedy do liceum. Zaczął się skarżyć na bóle brzucha. Badanie USG wykazało 20 torbieli w trzustce. Zbiegło się to w czasie ze śmiercią z powodu raka trzustki ciotecznej siostry jego taty. „Na pogrzebie dowiedzieliśmy się, że druga siostra cioteczna mojego męża też ma zdiagnozowanego raka trzustki. Zdecydowaliśmy się na zrobienie synowi biopsji. Lekarz, analizując wyniki, powiedział, że to nie jest rak, ale nie wie, do jakiej szufladki „włożyć” te torbiele. Ponieważ Mateuszowi ustąpiły objawy, czyli ból brzucha, lekarze stwierdzili, że nie ma czym się przejmować, bo wiele ludzi ma torbiele w różnych narządach, nawet o tym nie wiedząc, a mimo to normalnie funkcjonują” – wspomina Monika.

W początkach pandemii COVID Mateusz zaczął narzekać na bóle głowy, które nie ustępowały. Dostanie się do lekarza graniczyło wtedy z cudem. Udało się jednak zrobić rezonans, który wykazał, że chłopak ma guza mózgu z bardzo silnym obrzękiem. Konieczna była natychmiastowa operacja. Mateusz, wówczas student, wrócił do normalnego życia. Jednak po trzech tygodniach przyszła diagnoza – zespół von Hippla-Lindaua. W związku z tym trzeba było przebadać resztę rodziny. Okazało się, że to rzadkie zaburzenie genetyczne ma także młodszy brat Mikołaj i ojciec.

Rodzina próbowała się dowiedzieć, gdzie szukać pomocy. Nie było to łatwe, ponieważ nie ma ośrodka dedykowanego chorym z tym zaburzeniem. Lekarze, którzy widzą nietypowe guzy bądź guzy w różnych narządach, kierują pacjentów do szczecińskiego Międzynarodowego Centrum Nowotworów Dziedzicznych na badania genetyczne. Rodzina dotarła do dr. Karola Krzystolika, ordynatora Oddziału Okulistyki Szpitala MSWiA w Szczecinie. Specjalista sprawdził panom oczy. Okazało się, że zarówno ojciec jak i obaj synowie mają guzy na siatkówce. Trzeba je było usunąć.

Przeszli cały cykl badań rezonansem magnetycznym, by ocenić stan narządów, które mogą być zagrożone w VHL, a więc nerek, trzustki, mózgu i rdzenia kręgowego. „Okazało się, że w najlepszym stanie jest mąż – miał usuwane guzy z siatkówki oka, ma usunięte całe jądro. Natomiast nie ma guzów w mózgu i w rdzeniu. Ma guzy na nadnerczu. I torbiele. U Mateusza wykryto guzy w rdzeniu kręgowym. Najgorzej było z Mikołajem – miał 15 guzów w mózgu, 7 w rdzeniu kręgowym. Obydwaj synowie po 20-30 torbieli na trzustce i liczne torbiele na nerkach” – mówi Monika.

Największe obawy rodzina miała z powodu guzów rdzenia kręgowego. One są obarczone dużo większym ryzykiem uszkodzeń i powikłań neurologicznych niż w przypadku operacja na mózgu. Szukaliśmy najlepszych neurochirurgów i szpitali z najlepszym sprzętem. Wynik operacji zależy bowiem nie tylko od umiejętności lekarza operującego, ale również jakości i precyzji sprzętu. I tak dotarliśmy do prof. Marka Harata szefa Kliniki Neurochirurgii w 10. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy. Jest nazywany lekarzem od cudów. Zdecydowaliśmy się na operację właśnie tam. Profesor przeprowadził ją genialnie. W Warszawie i wielu innych ośrodkach neurochirurdzy mówili, że Mateusz na pewno będzie miał niedowład, paraliż i inne uszkodzenia” – opowiada mama Mateusza i Mikołaja.

Kiedy Mateusz był operowany, stan Mikołaja – mimo dużej liczby guzów – wydawał się stabilny. „Byliśmy skoncentrowani na starszym synu, aż po dwóch latach podczas rutynowego badania kontrolnego, okazało się, że guzy Mikołaja: na móżdżku, pniu mózgu i w rdzeniu kręgowym wymagają pilnej operacji. Jeden z zespołów lekarskich zaproponował operację wszystkich trzech guzów jednocześnie. Przy czym powiedzieli Mikołajowi – był już wtedy pełnoletni – że może tej operacji nie przeżyć, a jeśli ją przeżyje, ponieważ guz na pniu mózgu jest bardzo blisko ośrodka odpowiedzialnego za wszelkie nieświadome funkcje organizmu, takie jak oddychanie, przełykanie, trawienie, odkrztuszanie, te funkcje mogą zostać uszkodzone. Jeśli tak się stanie, nie będzie mógł samodzielnie oddychać, przełykać, trawić. Być może do końca życia będzie podłączony do respiratora, do aparatury, będzie karmiony zewnętrznie” – wspomina Monika.

Rodzice skontaktowali się również z prof. Haratem, który operował starszego z braci. Ekspert stwierdził, że nie należy usuwać trzech guzów jednocześnie. Kilka operacji może być krótkoterminowo trudniejsze dla Mikołaja, ale długoterminowo takie postępowanie zapewni mu lepszą jakość życia.

Mikołaj zadecydował, że woli przejść kilka operacji, skoro będą mniejsze ubytki. Dwie pierwsze operację przebiegły bez większych komplikacji. Trzeci, ostatni guz, znajdował się w środku rdzenia kręgowego. Profesor Harat powiedział rodzicom, że żaden neurochirurg na świecie nie jest w stanie usunąć go bez negatywnych skutków. Będą ubytki neurologiczne, braki w sprawności, niestety nie wiadomo jak rozległe. „Profesor zapewnił, że nie da się inaczej, że w Polsce nie ma możliwości leczenia. Ale jeśli gdziekolwiek na świecie jest, po operacji trzeba Mikołaja tam wysłać. Zaczęliśmy szukać informacji, gdzie tylko się da, i wtedy dowiedzieliśmy się, że w Stanach Zjednoczonych niedawno został zatwierdzony przez FDA pierwszy i jedyny na razie lek dla chorych z VHL. Wiedzieliśmy, że Mikołaj musi go dostać i że zrobimy wszystko, by tak się stało. Obiecaliśmy przecież dzieciom, że poruszymy niebo i ziemię… I udało się” – wyznaje Monika.

Tata Mateusza i Mikołaja podjął decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, żeby tam znaleźć pracę. „Mąż świetnie zna angielski, znalazł pracę w Stanach. Ale nie każdy ma taką możliwość. To był cud w naszym życiu, że zatrudnił się w USA. Jako żona mogę przebywać z mężem i mogę być na jego ubezpieczeniu. Ale już Mikołaj może być na ubezpieczeniu zdrowotnym taty tylko do 26. roku życia. Ma prawie 25 lat, niedługo więc zostanie odcięty od leczenia. Nie może na stałe przebywać w Stanach Zjednoczonych, ponieważ jako osoba pełnoletnia musiałby uzyskać niezależną wizę. Natomiast starszy syn ma już powyżej 26 lat i może przyjeżdżać do Stanów jako turysta” – mówi Monika.

„Mateusz do tej pory nie potrzebował leczenia farmakologicznego. Jego guzy były na tyle małe, że mogliśmy czekać. Ponieważ nie uciskają, można z nimi jakiś czas żyć. I taka jest strategia w Polsce – ludzie żyją z tymi guzami. Wiedzą, że noszą w sobie ich naście, dziesiąt. I modlą się przed każdym rezonansem, żeby nie urosły. Żyją z tym, licząc, że guzy będą rosły powoli. Tak właśnie żyjemy z Mateuszem” – dodaje.

Mikołaj do tej pory jest leczony dzięki amerykańskiemu ubezpieczeniu zdrowotnemu taty. Dziś ma 25 lat i otrzymuje lek, którego zdobycie było okupione ogromnym poświęceniem rodziców, nie tylko logistycznym, ale i finansowym. Leczenie kosztowało bowiem w początkowym okresie ok. 120 tys. zł. miesięcznie. Dziś lek jest tańszy. Sytuacja zdrowotna Mikołaja jest w tej chwili ustabilizowana – guzy pod wpływem leku zmniejszyły się, nie wymagają operacji. Ale w momencie zaprzestania leczenia, na nowo urosną. I znowu konieczne będą operacje. Mikołajowi jest z powodu takiej wizji bardzo ciężko, ale jako tako próbuje funkcjonować. Próbuje skończyć po przerwie studia. Nie chce się z nikim wiązać, nie chce mieć dzieci, by ich nie skazywać na to, co on i jego brat przeszli. Nadal gra na gitarze w swoim zespole, jeździ na rowerze.

„To nasz wielki sukces. Chcielibyśmy, żeby taki sukces odnieśli wszystkie osoby z VHL w Polsce. Postanowiliśmy przekuć nasze doświadczenia w działania, pomagać takim, jak my. Chorych na VHL jest w Polsce około 600. Udało nam się przeprowadzić proces w Ministerstwie Zdrowia, by dostęp do leku uzyskały osoby, dla których już nie było ratunku chirurgicznego. Lek można było otrzymywać w imporcie docelowym. Niedawno lek został zatwierdzony do stosowania na terenie Unii Europejskiej, tym samym jest również zatwierdzony w Polsce. Teoretycznie więc jest dostępny, fizycznie jednak nie. Ludzie w Stanach biorą ten lek, dzięki czemu dostają nowe życie. Po trzech miesiącach przyjmowania go guz w rdzeniu naszego Mikołaja zmniejszył się z 9 mm do 5 mm. Prof. Harat powiedział, że pierwszy raz w życiu widzi taki efekt terapii” – komentuje Monika.

Szacuje się, że zespół VHL dotyczy jednej osoby na 36 000-53 000 osób. W Polsce żyje ok. 600-800 osób z zespołem von Hippla-Lindaua. Zwykle VHL ujawnia się w trzeciej dekadzie życia. W momencie wykrycia 50 proc. chorych ma objawy. Średnia długość życia pacjentów z VHL historycznie wynosiła od 40 do 52 lat. Obecnie średnia długość życia mężczyzn (59,4 roku) jest znacznie wyższa niż kobiet (48,4 lat).

Zaburzenie to powoduje mutacja w genie VHL. Wystarczy, że jedno z rodziców ma zmutowany ten gen, żeby dziecko go odziedziczyło. Statystycznie co drugie dziecko w rodzinie będzie obciążone. Zespół VHL powoduje pojawianie się różnego typu guzów – niezłośliwych i złośliwych – w tym hemangioblastomy mózgu i rdzenia (łagodny guz naczyniowy), naczyniaków zarodkowych siatkówki, raka nerkowokomórkowego, guzów chromochłonnymi i guzów neuroendokrynnych trzustki.

„Guzy mogą pojawiać się w różnym wieku i z różną częstością. Jedna osoba może mieć od kilku do kilkudziesięciu ognisk tego samego typu nowotworu, ale również różnego typy nowotwory w różnych lokalizacjach. Guzy są łagodne, nie dają przerzutów, nie naciekają, ale uciskają i niszczą tkankę otaczającą. Jeśli nie zostaną w porę usunięte, prowadzą do śmierci chorego. Przebieg choroby, powikłania i rokowanie zależą głównie od rodzaju oraz umiejscowienia zmian nowotworowych” – wyjaśnia prof. dr hab. Jan Lubiński z Międzynarodowego Centrum Nowotworów Dziedzicznych, która działa przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie.

Diagnostyka VHL nie jest prosta. Objawy są co prawda charakterystyczne, ale często mylone z innymi schorzeniami. Do tego zaburzenie jest tak rzadkie, że zdecydowana większość lekarzy nigdy nie miała z nim do czynienia. „Pamiętam dziecko w wieku niespełna 10 lat. Było intensywnie leczone chemioterapią, bo lekarze wykryli u niego guza mózgu i uznali, że jest to glejak. A dziecko miało zespół von Hippla-Lindaua i jego guz to była hemangioblastoma, która kompletnie na chemioterapię nie reaguje. Takie guzy należy w odpowiednim momencie usuwać” – mówi ekspert.

Inna pacjentka prof. Lubińskiego miała guza w nerce i mózgu. Nie rozpoznano u niej zespołu von Hippla-Lindaua i guza w mózgu błędnie uznano za przerzut raka. Gdyby w porę go usunieto, kobieta mogłaby jeszcze żyć.

Chirurgia jest podstawową metodą leczenia w zespołu VHL. Zabiegi chirurgiczne mogą być wykonywane, gdy guzy osiągają określoną wielkość lub dają objawy. W przypadku niektórych guzów, szczególnie tych zlokalizowanych w mózgu lub rdzeniu kręgowym, stosuje się terapię ablacyjną (np. radiochirurgię stereotaktyczną), aby zniszczyć je bez konieczności przeprowadzania rozległej operacji. Terapia miejscowa doraźnie rozwiązuje problem poszczególnych guzów, jednak nie działa systemowo i nie zapobiega powstawaniu nowych zmian.

Najpierw w Stanach Zjednoczonych, a przed kilkoma miesiącami w Europie został zarejestrowany pierwszy i na razie jedyny lek dla osób z zespołem von Hippla-Lindaua. Belzutifan został zatwierdzony do leczenia pewnych typów nowotworów związanych z VHL, takich jak rak nerkowokomórkowy, guzy OUN i guzy neuroendokrynne trzustki, które nie wymagają natychmiastowej operacji. Doustny belzutifan działa poprzez blokowanie czynnika HIF-2α, który odgrywa rolę w rozwoju tych nowotworów. Jest to kompleks białkowy regulujący namnażanie się komórek, tworzenie naczyń krwionośnych i wzrost guza. Hamując HIF-2α, lek przeciwdziała skutkom funkcjonowania wadliwego wariantu białka VHL i zmniejsza guzy. Belzutifan jest również przeznaczony do leczenia zaawansowanego jasnokomórkowego raka nerkowokomórkowego. U większości chorych na tego raka występuje nieprawidłowe białko VHL.

W maju 2025 r. ukazała się w „Lancecie”, jednym z najważniejszych czasopism lekarskich na świecie praca, która podsumowuje próbę kliniczną, w której uczestniczyli również pacjenci z Polski. Kompletne cofanie się guzów zaobserwowano przez 5 lat stosowania tego leku u 11 proc. chorych. U ok. 56 proc. stwierdzono niewątpliwe częściowe cofanie się. Pozostali nie zareagowali na leczenie, ale u prawie 70 proc. pacjentów lek jest pomocny. Jeżeli chodzi o efekty uboczne, pojawiły się one u ponad 10 proc. uczestników badania.

EMA zaleciła przyznanie warunkowego pozwolenia na dopuszczenie belzutifanu do obrotu w Unii Europejskiej. Warunkowe pozwolenie na dopuszczenie do obrotu to mechanizm regulacyjny UE ułatwiający wczesny dostęp do leków, które oferują rozwiązania na niezaspokojone potrzeby medyczne, nawet gdy nie ma jeszcze wszystkich oczekiwanych danych, ale korzyści z natychmiastowej dostępności leku przewyższają ryzyko związane z brakiem wszystkich informacji.

W Polsce belzutifan jest dostępny w ramach ratunkowego dostępu do technologii lekowych (RDTL). Tak pacjenci z zespołem VHL jak i eksperci zajmujący się nimi chcieliby, żeby powstał program lekowy przeznaczony dla tych chorych.

Czym jest zespół von Hippla-Lindaua (VHL)?
Zespół von Hippla-Lindaua to rzadkie, dziedziczne zaburzenie genetyczne spowodowane mutacją w genie VHL. Prowadzi ono do rozwoju licznych guzów – zarówno łagodnych, jak i złośliwych – w różnych narządach, m.in. w mózgu, rdzeniu kręgowym, nerkach, trzustce i siatkówce oka.

Ile osób w Polsce choruje na VHL?
Szacuje się, że w Polsce z zespołem von Hippla-Lindaua żyje około 600–800 osób. Choroba często pozostaje niezdiagnozowana, ponieważ objawy są niespecyficzne i mylone z innymi schorzeniami.

Jakie są objawy zespołu von Hippla-Lindaua?
Objawy VHL zależą od lokalizacji guzów. Mogą to być bóle głowy, zaburzenia równowagi, problemy ze wzrokiem, bóle brzucha, nadciśnienie czy objawy neurologiczne. Często choroba ujawnia się w młodym wieku.

Czy zespół von Hippla-Lindaua można wyleczyć?
VHL jest chorobą genetyczną, której nie można wyleczyć przyczynowo, ale można kontrolować jej objawy. Stosuje się leczenie chirurgiczne i radiochirurgiczne guzów oraz – od niedawna – leczenie farmakologiczne belzutifanem.

Czym jest belzutifan i jak działa?
Belzutifan to pierwszy zarejestrowany lek skuteczny w leczeniu nowotworów związanych z zespołem von Hippla-Lindaua. Działa poprzez blokowanie czynnika HIF-2α, co prowadzi do spowolnienia lub cofania się guzów.

Czy belzutifan jest dostępny w Polsce?
Tak, belzutifan jest zatwierdzony w Unii Europejskiej i może być stosowany w Polsce w ramach ratunkowego dostępu do technologii lekowych (RDTL). Obecnie trwają starania o uruchomienie programu lekowego, który umożliwiłby systemowe leczenie pacjentów z VHL.

Jak dziedziczony jest zespół von Hippla-Lindaua?
Choroba ma charakter autosomalny dominujący – jeśli jedno z rodziców ma mutację w genie VHL, istnieje 50-procentowe ryzyko, że dziecko również odziedziczy to zaburzenie.

Jak wygląda życie z VHL?
Pacjenci z VHL muszą być regularnie monitorowani, poddawani rezonansom magnetycznym i badaniom kontrolnym. Choroba wymaga stałej opieki wielu specjalistów, ale dzięki postępowi medycyny możliwe jest długie i stosunkowo dobre jakościowo życie.

Wyzwania w onkologii: co decyduje o skuteczności leczenia onkologicznego?

Nowotworu się nie dziedziczy, ale można odziedziczyć skłonność do niego