dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, prof. UZ – Uniwersytet Zielonogórski; Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wielkopolskim
dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, prof. UZ – Uniwersytet Zielonogórski; Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wielkopolskim

CAR-T wymaga planu B już na początku leczenia. Prof. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus o drodze pacjenta do terapii

O możliwości zastosowania CAR-T nie powinno się myśleć dopiero wtedy, gdy kolejne leczenie zawiedzie. Pacjent z agresywnym chłoniakiem powinien zostać zauważony jako potencjalny kandydat odpowiednio wcześnie, a ośrodek, w którym jest leczony, musi pozostawać w kontakcie z placówką prowadzącą terapię komórkową. Dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, prof. UZ, wyjaśnia, dlaczego w CAR-T równie ważne jak samo podanie zmodyfikowanych limfocytów są sprawna kwalifikacja, logistyka i opieka po zakończeniu procedury.

Terapia CAR-T bywa przedstawiana poprzez jej najbardziej charakterystyczny moment: podanie pacjentowi zmodyfikowanych genetycznie limfocytów. W praktyce jest to tylko jeden z etapów długiej i wymagającej dobrej koordynacji drogi. Zaczyna się ona w ośrodku, który rozpoznaje chorobę i prowadzi pierwsze leczenie, następnie obejmuje kwalifikację w wyspecjalizowanej placówce, pobranie komórek, ich transport i przygotowanie, a po infuzji – dalszą obserwację chorego oraz szybkie reagowanie na powikłania.

O tym, co na tej drodze nadal można poprawić, mówi dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, prof. Uniwersytetu Zielonogórskiego, związana z Wielospecjalistycznym Szpitalem Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim. Zwraca uwagę, że CAR-T stworzyła możliwość uzyskania bardzo dobrych wyników u chorych, dla których wcześniej brakowało skutecznych opcji. Jednocześnie jest to leczenie znacznie wykraczające poza pracę jednego zespołu i jednego szpitala.

Zobacz wideo: Kiedy należy rozpoznać potencjalnego kandydata do terapii CAR-T i dlaczego ośrodek prowadzący leczenie powinien od początku przygotować plan B? Prof. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus wyjaśnia, jak powinna wyglądać droga pacjenta z agresywnym chłoniakiem – od pierwszych ocen skuteczności leczenia, przez kwalifikację i współpracę między ośrodkami, aż po opiekę po zakończeniu terapii.

– Technologia CAR-T jest niezwykle fascynującą technologią. Mimo że już parę lat jest dostępna, to jest to tak całkowicie zmieniające leczenie, gdzie nasi pacjenci mogą uzyskać fenomenalne wyniki, a była to wcześniej grupa, którą niestety traciliśmy – mówi prof. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus.

Za tymi wynikami stoi jednak złożone przedsięwzięcie organizacyjne. Pacjent leczony dotąd w ośrodku regionalnym musi trafić do placówki wykonującej CAR-T. Tam pobierane są jego limfocyty, które następnie wysyła się do zakładu zajmującego się ich modyfikacją genetyczną – często poza Polską. Dopiero przygotowany produkt wraca do ośrodka prowadzącego terapię i może zostać podany choremu. Na każdym z tych etapów potrzebne są właściwe decyzje, terminowa wymiana informacji i współpraca kilku zespołów.

Zdaniem ekspertki najwięcej uwagi należy poświęcić temu, co dzieje się jeszcze przed rozpoczęciem właściwej procedury. Lekarz prowadzący pacjenta z agresywnym chłoniakiem, w tym z chłoniakiem rozlanym z dużych komórek B, powinien już podczas pierwszej linii leczenia brać pod uwagę scenariusz, w którym terapia nie przyniesie oczekiwanej odpowiedzi. Nie chodzi o przesądzanie wyniku, lecz o przygotowanie kolejnego kroku, zanim choroba i stan chorego zaczną ograniczać dostępne możliwości.

– Ośrodek, który prowadzi leczenie pacjenta z chłoniakiem agresywnym, już przy rozpoczęciu leczenia powinien myśleć, jaki jest plan B, jeśli to leczenie nam nie wyjdzie – podkreśla prof. Brzeźniakiewicz-Janus.

dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, prof. UZ – Uniwersytet Zielonogórski; Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wielkopolskim
dr hab. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus

Wczesne myślenie o CAR-T oznacza również, że kontakt z ośrodkiem mającym doświadczenie w terapii komórkowej może zostać nawiązany jeszcze przy pierwszych ocenach skuteczności leczenia. Specjaliści mogą wspólnie przeanalizować sytuację chorego, ocenić perspektywę kwalifikacji i odpowiednio zaplanować dalsze postępowanie. Dzięki temu skierowanie nie następuje dopiero w chwili, gdy wyczerpały się kolejne opcje, a pacjent jest w gorszym stanie ogólnym.

Droga chorego do CAR-T nie powinna przypominać samodzielnego poszukiwania placówki, która podejmie się leczenia. Odpowiedzialność za przekazanie informacji i ustalenie kolejnych etapów spoczywa na współpracujących ośrodkach. Prof. Brzeźniakiewicz-Janus opisuje tę relację również z perspektywy własnego zespołu: szpital, który wcześniej kierował pacjentów na CAR-T do Kliniki Hematologii w Poznaniu, sam przygotowuje się do prowadzenia tej terapii.

Takie doświadczenie pozwala spojrzeć na cały proces z dwóch stron. Ośrodek kierujący musi odpowiednio wcześnie rozpoznać pacjenta, zebrać potrzebne informacje i skonsultować dalszy plan. Placówka wykonująca CAR-T ocenia możliwość kwalifikacji, organizuje pobranie limfocytów i kolejne etapy procedury. Im sprawniejsza komunikacja, tym mniejsze ryzyko zwłoki oraz sytuacji, w której chory dociera do wyspecjalizowanego zespołu zbyt późno.

Ekspertka nie wskazuje przy tym jednego ogniwa, którego poprawa rozwiązałaby wszystkie problemy. Dostęp do CAR-T zależy od całego ciągu działań: czujności lekarza prowadzącego, właściwego czasu skierowania, współpracy z ośrodkiem specjalistycznym, organizacji pobrania i transportu materiału, możliwości przeprowadzenia leczenia oraz zapewnienia opieki po jego zakończeniu. Słabość na którymkolwiek z tych etapów może wpłynąć na dalszy przebieg terapii.

Ważna zmiana dotyczy momentu, w którym można rozważać kwalifikację do CAR-T. Jak wyjaśnia prof. Brzeźniakiewicz-Janus, jeszcze niedawno możliwość ta pojawiała się dopiero po kolejnej, trzeciej linii leczenia. Obecnie w określonych wskazaniach o terapii można myśleć już po niepowodzeniu pierwszej linii, czyli na etapie drugiej linii.

– Mamy w Polsce naprawdę dobre warunki do leczenia pacjentów, bo już na etapie drugiej linii, czyli dostaliśmy pierwszy raz chemioterapię, oceniliśmy, pacjent nie poszedł nam na leczenie, tak mówiąc językiem kolokwialnym, możemy myśleć o tej terapii – mówi ekspertka.

Nie oznacza to, że każdy chory po niepowodzeniu pierwszego leczenia automatycznie otrzyma CAR-T. Ośrodek kierujący powinien przedstawić jego przypadek zespołowi doświadczonemu w prowadzeniu terapii komórkowej, który oceni możliwość kwalifikacji. Zmiana otwiera jednak drogę do wcześniejszego wykorzystania leczenia bez konieczności przechodzenia przez wszystkie dostępne wcześniej linie.

Ma to znaczenie także ze względu na sam mechanizm terapii. CAR-T jest leczeniem przygotowywanym indywidualnie z limfocytów T pacjenta. Komórki zostają pobrane, zmodyfikowane w taki sposób, aby potrafiły rozpoznać określony cel na komórkach nowotworowych, a następnie wracają do organizmu chorego. Prof. Brzeźniakiewicz-Janus określa je jako „żywy lek” i posługuje się obrazem żołnierzy, których zdolność do walki może być większa, zanim organizm zostanie obciążony kolejnymi terapiami i długotrwałym przebiegiem choroby.

– Wiadomo, że to są tak naprawdę żołnierze, czyli oni będą sprawniejsi, ci żołnierze, na początku walki. Jak już trzeci rok ten żołnierz walczy, to wiadomo, że ta zdolność bojowa jest mniejsza – tłumaczy.

Wcześniejsza kwalifikacja nie jest więc wyłącznie przesunięciem procedury w harmonogramie leczenia. Pozwala rozważyć CAR-T w momencie, gdy stan pacjenta i jakość pobieranych limfocytów mogą być korzystniejsze niż po następnych nieskutecznych terapiach. Warunkiem wykorzystania tej możliwości pozostaje jednak szybkie rozpoznanie chorego, który może odnieść korzyść, i odpowiednio wczesne przekazanie jego dokumentacji do ośrodka specjalistycznego.

Po zakończeniu procedury pacjent nadal wymaga dobrze zorganizowanej opieki. Jednym z następstw terapii ukierunkowanej na komórki B może być ich długotrwały niedobór, a w konsekwencji większe ryzyko zakażeń. Dlatego znaczenie ma nie tylko kontrola w ośrodku CAR-T, lecz również przygotowanie lekarzy i placówek bliżej miejsca zamieszkania chorego do właściwego postępowania w razie wystąpienia objawów infekcji.

Lekarz pierwszego kontaktu powinien wiedzieć, kiedy pacjent może bezpiecznie udać się do oddalonego ośrodka prowadzącego terapię, a kiedy potrzebuje natychmiastowej pomocy w najbliższym szpitalu i szybkiego rozpoczęcia antybiotykoterapii. W praktyce oznacza to konieczność przekazania jasnych zaleceń zarówno pacjentowi, jak i medykom, którzy mogą mieć z nim kontakt już poza ośrodkiem CAR-T. Długofalowe bezpieczeństwo chorego zależy od tego, czy informacja o przebytym leczeniu i związanym z nim ryzyku będzie dostępna w chwili podejmowania pilnych decyzji.

W ten sposób terapia komórkowa łączy dwa poziomy opieki. Wyspecjalizowany ośrodek odpowiada za kwalifikację, przeprowadzenie procedury i kontrolę jej następstw, ale część codziennych problemów zdrowotnych pacjenta będzie rozwiązywana lokalnie. Oba ogniwa muszą wiedzieć, jak się ze sobą kontaktować i kiedy stan chorego wymaga pilnego przekazania do placówki o wyższym poziomie referencyjności.

Podczas rozmowy prof. Brzeźniakiewicz-Janus odwołuje się do badania przedstawionego na europejskim zjeździe hematologów. Według przytoczonych przez nią danych spośród 100 pacjentów z chorobą, którzy mogliby otrzymać CAR-T, terapię dostaje jedynie „30 paru”. W nagraniu nie pada nazwa badania ani dokładna wartość, dlatego wynik ten należy traktować jako ogólną miarę skali niewykorzystanych możliwości, a nie szczegółową analizę sytuacji w Polsce.

Ekspertka zastrzega zresztą, że nie jest to wyłącznie polski problem. Trudności z dostępem występują także w innych państwach Europy i w Stanach Zjednoczonych. Ich przyczyny są wieloczynnikowe: CAR-T pozostaje stosunkowo nową technologią, ośrodki zdobywają doświadczenie, a chorzy trafiają do kwalifikacji w różnym stanie. Jednocześnie – jak zaznacza – wyniki dostępności terapii w Europie są lepsze niż w Ameryce, a polski pacjent ma jej zdaniem dobre warunki leczenia.

CAR-T jest w Polsce refundowana od około pięciu lat. W tym czasie rośnie liczba wykonywanych procedur, a kolejne zespoły przygotowują się do ich prowadzenia. Prof. Brzeźniakiewicz-Janus porównuje ten etap rozwoju do historii przeszczepiania szpiku: procedury, która początkowo miała charakter eksperymentalny, z czasem stała się standardem leczenia. Podobnego dojrzewania systemu oczekuje w przypadku terapii CAR-T – większej liczby leczonych chorych, sprawniejszego kierowania oraz łatwiejszej kwalifikacji.

Najważniejszy wniosek z rozmowy dotyczy czasu, ale nie sprowadza się do prostego wezwania, by działać szybciej. Potrzebny jest plan kolejnych kroków przygotowany, zanim stanie się konieczny. Jeśli ośrodek prowadzący pierwszą linię leczenia odpowiednio wcześnie rozpozna możliwego kandydata, skontaktuje się z zespołem CAR-T i wspólnie zaplanuje dalsze postępowanie, pacjent ma większą szansę dotrzeć do kwalifikacji w stanie pozwalającym wykorzystać możliwości terapii.

Pacjent z agresywnym chłoniakiem nie musi wyczerpać każdej dostępnej linii leczenia, zanim lekarze zaczną rozważać CAR-T. W określonych wskazaniach kwalifikacja może być analizowana już po niepowodzeniu pierwszej linii. Warto zapytać lekarza prowadzącego, jaki jest plan dalszego postępowania, czy przypadek był lub będzie konsultowany z ośrodkiem CAR-T oraz z kim należy kontaktować się w razie pogorszenia stanu zdrowia. Po terapii szczególnego znaczenia nabiera szybkie zgłaszanie objawów zakażenia i stosowanie się do otrzymanych zaleceń dotyczących pilnej pomocy.

Czytaj także: Rozpoznanie kandydata to pierwszy etap CAR-T – prof. Sebastian Giebel o organizacji leczenia

FAQ – najczęściej zadawane pytania

Czy przed CAR-T trzeba wykorzystać wszystkie dostępne metody leczenia?

Nie zawsze. Jak wskazuje prof. Katarzyna Brzeźniakiewicz-Janus, w określonych wskazaniach CAR-T można rozważać już w drugiej linii, czyli po niepowodzeniu pierwszego leczenia. Ostateczna decyzja wymaga indywidualnej kwalifikacji w doświadczonym ośrodku.

Kiedy lekarz powinien zacząć myśleć o skierowaniu pacjenta do ośrodka CAR-T?

Możliwość dalszego leczenia powinna być brana pod uwagę już na początku terapii agresywnego chłoniaka. Przy pierwszych ocenach odpowiedzi na leczenie ośrodek prowadzący może skontaktować się z placówką wykonującą CAR-T i omówić przypadek potencjalnego kandydata.

Na czym polega przygotowanie terapii CAR-T?

Od pacjenta pobiera się limfocyty T, które następnie są modyfikowane genetycznie poza jego organizmem. Dzięki temu na ich powierzchni powstaje chimerowy receptor antygenowy (CAR), pozwalający rozpoznawać i niszczyć komórki nowotworowe. Przygotowane komórki wracają do ośrodka prowadzącego terapię i są podawane pacjentowi. Cały proces wymaga ścisłej współpracy ośrodka kierującego, placówki wykonującej terapię oraz zakładu przygotowującego produkt komórkowy.

Dlaczego wcześniejsza kwalifikacja może mieć znaczenie?

CAR-T powstaje z własnych limfocytów pacjenta. Po kolejnych liniach leczenia i długotrwałym przebiegu choroby ich sprawność może być mniejsza. Wcześniejsze rozważenie terapii pozwala również uniknąć sytuacji, w której stan chorego pogorszy się przed dotarciem do ośrodka specjalistycznego.

Czy po podaniu CAR-T pacjent nadal wymaga szczególnej opieki?

Tak. Terapia może wiązać się m.in. z niedoborem komórek B i zwiększonym ryzykiem zakażeń. Pacjent, jego lekarz podstawowej opieki zdrowotnej i najbliższy szpital powinni wiedzieć, kiedy konieczny jest kontakt z ośrodkiem CAR-T, a kiedy potrzebne jest natychmiastowe leczenie na miejscu.

Czy problem z dostępem do CAR-T dotyczy wyłącznie Polski?

Nie. Prof. Brzeźniakiewicz-Janus podkreśla, że trudności z kierowaniem i kwalifikacją pacjentów występują również w innych krajach Europy oraz w Stanach Zjednoczonych. To problem związany m.in. z nowością i organizacyjną złożonością terapii.

Od diagnozy do opieki po terapii – jak stworzyć pacjentowi ciągłą ścieżkę leczenia

Szerszy dostęp do CAR-T w chłoniakach – dr Jarosław Dybko o refundacji liso-cel

• Artykuł zaktualizowano: